×

Wyszukaj w serwisie

loader
4.1 °C

Sprawdzone sposoby na czarownice

W dawnych czasach kontakt człowieka ze złymi mocami – ziemskimi i nieziemskimi – był bez porównania częstszy i powszechniejszy niż dziś. Jeszcze w ubiegłym stuleciu ludzie niemal, na co dzień stykali się w sposób fizyczny z przedstawicielami piekieł, bądź też z osobnikami przez nich opętanymi lub pozostającymi na ich usługach.
 
Toteż ówczesny bogobojny lud musiał znać wiele praktycznych metod, pomagających mu bronić się przed nieustannym naporem różnych sił czarnoksięskich. Szczególnie często stykał się on z kobietami trudniącymi się czarami. Oczywiście, w pierwszym rzędzie trzeba było umieć czarownicę rozpoznać.
 
Sposobów na to znano wiele. Na przykład udawano się na cmentarz i wśród wyjętych z grobu starych trumien szukano deski z dziurą po sęku. Potem przez tę dziurkę przyglądano się podejrzanej. Jeśli była to czarownica, od razu ją rozpoznawano, gdyż popadała w zdenerwowanie, czując, że ją zdemaskowano.
 
Podobny skutek dawało pójście do kościoła na mszę w dniu św. Jakuba i Filipa ( to znaczy 1 maja) i podczas Przemienienia popatrzenie na podejrzaną przez wianuszek, uwity z białych kwiatów macierzanki, zerwanych po zachodzie słońca na św. Katarzyny (30 kwietnia). Ale gdy ujawniło się czarownicę trzeba było od razu wyjść ze świątyni i czym prędzej wracać do domu, idąc środkiem drogi, gdzie wiedźmy nie miały mocy i nie mogły uczynić nic złego.
 
Innym sposobem było włożenie pod język baźki tuż przed wejściem do kościoła w Niedzielę Palmową. Baźkę wyjmowano podczas Przemienienia, a wtedy nad czarownicą śledzący widział wiadro lub kubeł. Jeśli tak się stało, musiał wyjść z kościoła pierwszy, w przeciwnym razie ukryty w wiedźmie rozwścieczony diabeł mógł go nawet zabić.
 
Prawie tak samo można było zdemaskować czarownicę na Boże Narodzenie. W tym celu należało, wchodząc do świątyni na pasterkę, która musiała odbywać się o północy, włożyć pod język zasuszony kwiat wiśni, pochodzący z gałązki zerwanej na św. Katarzynę i przechowywanej aż do tego momentu.
 
Gdy zaś stajnia lub obora już została zauroczona, a miała drewniana podłogę, to gdzieś pod nią czarownica prawdopodobnie ukryła pukiel włosów. Należało, więc zerwać podłogę i odszukać zaczarowane włosy. Potem uszkodzone bydło trzeba było wysmagać postronkiem. Najlepszy był postronek pożyczony od grabarza, bądź w kostnicy czy kaplicy cmentarnej. Według ludowych mniemań, cięgi te przyjmowała czarownica (biedne bydło!). Swego czasu w Czermnej pod Kudową siostra proboszcza wypożyczała, naturalnie za niewielką opłatą, nieco delikatniejsze postronki, na których opuszczano do grobów trumienki z dziecięcymi zwłokami.
 
Do przepędzania ze wsi czarownic korzystano niekiedy z usług Cyganek. Rzecz jasna, za solidną opłatą. Rozpoznaną wiedźmę pędzono przez caluśką osadę, a Cyganka urągała i złorzeczyła jej najgorzej, jak tylko umiała ( a umiała przeważnie doskonale!). Jednocześnie tłukła ją po plecach garnkiem pełnym mleka, dobrze zatkanym i obwiązanym ścierkami do cedzenia, z nawtykanymi w nie metalowymi szpilkami. Stosowano też prostsze metody. Na przykład, aby uchronić oborę przed mocą czarownic, w Wielką Sobotę gospodynie podchodziły w pobliże gnojowiska i trzy razy żegnały się.
 
W noc świętojańską z 23 na 24 czerwca, przybijano gwoździkami pod kuchennym stołem wianuszek z wysuszonych ziół. Zwykle każda z gospodyń znała jakiś własny, najskuteczniejszy ich zestaw, ale niechętnie zdradzała go sąsiadkom czy znajomym, aby nie pomniejszyć siły oddziaływania.
 
Szczególnie groźna była noc Walpurgii, przypadająca z 30 kwietnia na 1 maja. Wtedy to śląskie wiedźmy zrzucały z siebie codzienny, niewinny wygląd i przez kominy opuszczały na miotłach swe domostwa, udając się na Śnieżkę. Jednak w 1685 roku, po wybudowaniu na niej kaplicy Św. Wawrzyńca, przeniosły miejsce spotkań na ślężańską Radunię.
 
Podczas satanicznych zjazdów układano przede wszystkim szczegółowy plan pracy na najbliższy rok. Obrady kończyły się orgiastyczną ucztą. Stąd w wielu śląskich wsiach od wieczora 30 kwietnia aż do godziny szóstej rano 1 maja drzwi do pomieszczeń ze zwierzętami gospodarskimi były pozamykane. W tym czasie, bowiem nad Śląskiem kręciło się niezwykle dużo mocno podchmielonych, rozczochranych wiedźm. Skutecznym sposobem zapobiegania złośliwościom czarownic w noc Walpurgii było skrapianie święconą wodą ścian stajni, obór i chlewików. Robiono też z gałązek pokropionego święconą wodą drzewa, a zwłaszcza z krzaka czarnego bzu, specjalne krzyżyki. Przybicie gwoździkami do stajennych drzwi trzech takich krzyżyków chroniło zwierzęta od wszelkich uroków. Zwyczajne śląskie czarownice miały w tę noc łatwiejsze życie, gdyż główne wiedźmy udawały się w głąb Niemiec w góry Harzu, gdzie na Blocksbergu odbywał się zlot centralny. Pamiętajmy, bowiem, że w owych czasach ziemie śląskie wchodziły akurat w skład Rzeszy. Na Blocksbergu, zwykle zjawiali się także wyżsi dostojnicy piekieł i innych sił nieczystych.
 
Bibliografia: Z tamtej strony historii – Julian Janczak